Dręczenie, poniżanie czy szykanowanie w pracy niszczy psychikę. Obniża poczucie własnej wartości i odbiera radość z życia.
Może prowadzić do utraty pewności siebie, depresji i innych problemów zdrowotnych. Czasami jest bardziej oczywiste, a w większości przypadków na tyle subtelne, że właściwie nie bardzo wiesz, czy to już mobbing, czy może jednak lekko histeryzujesz.
Zebrać dowody jest trudno, ale nie o dowodach teraz. Teraz chodzi o to, jak się w tej sytuacji czujesz, jak na Ciebie wpływa oraz czy możesz mieć wpływ na to, czego doświadczasz.
Nawet w tak trudnej sytuacji istnieje możliwość zmiany.
Odzyskanie kontroli nad moim życiem miało początek tam, gdzie chciałam widzieć efekty, ale nie bardzo chciałam zacząć - wewnątrz mnie i w pracy nad sobą. Nie wszyscy są też na to gotowi.
Starasz się zmienić to, co na zewnątrz w nadziei, że magicznie osiągniesz pożądany efekt. Być może nawet się to udaje, na jakiś czas.
Później, przegrupowane niedostatki, uczucia i przeświadczenia wracają ze zdwojoną siłą. Dlaczego? W moim przypadku dlatego, że nie brałam odpowiedzialności za siebie i swoje wybory.
Czekałam, tkwiąc w nieznośnym bólu, aż zjawi się ktoś, kto naprawi mój zawodowy świat, a ja będę mogła ruszyć ku nowemu.
Zaplątana w spiralę mobbingu, przytłoczona strachem i poczuciem odpowiedzialności za wszystko, nie doczekałam się.
Moja motywacja leżała na łopatkach. Z perspektywy czasu widzę, co dokładnie skłoniło mnie do skupienia się na samej sobie. To był wewnętrzny sygnał "działaj". Kluczowy jest fakt, że zidentyfikowałam w swoim życiu obszary, które stawiały mnie w pozycji ofiary, wymarzonej wręcz dla mobbera.
Jednym z najbardziej destrukcyjnych skutków mobbingu jest wzmacnianie poczucia winy.
Ale jak to się dzieje, że jeszcze niedawno dobrze oceniania przez przełożonych, znającą się na swojej pracy osoba, zaczyna wątpić i winić siebie. Zaczyna wierzyć, że sama sprowokowała swoje położenie, że zasłużyła na krytykę, ignorowanie czy niewłaściwe traktowanie.
Hierarchiczność korporacji uświadamiała mi, że wyżsi rangą mają więcej racji ze względu na swoje dłuższe doświadczenie zawodowe i życiowe. Wdrukowane miałam posłuszeństwo wobec autorytetu i wiarę w jego właściwy osąd.
Dodatkowo nie bawiło mnie uczestnictwo w sytuacjach konfliktowych, bo to do mnie należało rozwiązywanie problemów. To było moje zadanie, za to mi płacono.
Niezadowolenie przełożonego ze sposobu, w jaki wykonywałam swoje obowiązki, trochę mnie martwiło. Zbierałam się jednak w sobie, aby następnego dnia stanąć w pełnej gotowości. Z każdą podobną sytuacją, wzbierało we mnie poczucie winy, bo niczego nie potrafiłam wykonać dobrze, nawet najprostszych czynności.
Co ja tu robię - myślałam, dlaczego nadal mnie tu trzymają? Ale co zrobię, jeśli mnie zwolnią..? Zauważyłam, że poczucie własnej wartości, które do tej pory miałam zadowalające, zaczęło topnieć, jak śnieg na wiosnę. Teraz wiem, że budowałam je na zadowoleniu innych, na ich aprobacie i opiniach. Nie doceniałam sama siebie za swoje osiągnięcia, nawet te małe, z pozoru błahe. Były one nieznaczące, dopóki ktoś z korpo nie powiedział, że są fajne.
Wewnętrzny krytyk rozgościł się w moim życiu na dobre i pracował, pracował, dawał z siebie wszystko. A ja nie miałam tej świadomości.
Podporządkowanie, posłuszeństwo i zależność dławiły mnie, dosłownie i w przenośni.
Postawiona w obliczu zarzutów i inwektyw, stałam jak sparaliżowana. Chłonęłam wszystkie epitety, a moim jedynym celem krótkookresowym było wydostanie się z tej sytuacji.
Umożliwiało to jedno słowo - przepraszam. Przepraszałam praktycznie przy każdej rozmowie z przełożonym, kiedy nie wiedziałam jak wybrnąć spod ostrzału.
Mój odrętwiały ze strachu mózg nie był wstanie uruchomić pamięci, przywołać sekwencji wydarzeń, które mogły wpłynąć na korzystny dla mnie obrót sprawy.
Cóż, wszystkie funkcje normalnie działającego umysł powracały po chwili, lecz zdecydowanie za późno by zrobić cokolwiek.
Choć teraz wydaje się to mało racjonalne, ten lęk był autentyczny i autentycznie go czułam. Coraz większa wrogość, zniecierpliwienie i rozczarowanie przełożonego, jakie odczuwałam, nie pozwalały mi spokojnie i stanowczo wyrazić swoich granic i opinii.
Wiesz o czym mówię? O asertywności! To był bardzo duży deficyt, jaki u siebie zlokalizowałam.
Budowany od dzieciństwa schemat zgadzania się ze wszystkim i na wszystko, byle nie zostać uznaną za niegrzeczną, byle nie zostać ocenioną negatywnie, byle tylko być dobrą dziewczynką.
Zakorzeniło się we mnie przeświadczenie, że osiągnięcie sukcesu jest celem.
Jakiego sukcesu? Przede wszystkim zawodowego. Praca przy biurku w szklanym wieżowcu była synonimem sukcesu. Dla mnie przez jakąś chwilę też.
Coś jednak było w tym niezgodnego. Bardzo chciałam żyć inaczej, ale nie miałam pojęcia jak. Wydawało się, że poza korporacją nie ma niczego, a skoro nie ma, to jest to jedyna droga.
To było tak, jakbym utrzymywała głowę nad taflą wody, uśmiechając się, a pod powierzchnią moje ciało wiło się i prężyło, starając się nie utonąć.
Tak właśnie wyglądało dla mnie spełnianie oczekiwań. Będę akceptowana i lubiana. Będę taka jak inni, będę normalna i będę miała normalne problemy, takie, jakie mają inni. Spełnianie oczekiwań wszystkich wokół stało się moim DNA.
Co dla osoby takiej jak ja, ukształtowanej w taki sposób, oznacza sytuacja nosząca znamiona mobbingu?
Oceniana i krytykowana, często czułam się odpowiedzialna za emocje swojego przełożonego czy współpracowników. Unikałam konfliktów za wszelką cenę. Zauważałam też, że wszelkie próby kontrolowania emocji innych kończą się niczym. Tyle wysiłku, tyle poświęcenia, tyle zaangażowania i energii na nic? Otóż właśnie na nic.
To, czego nie miałam, a byłoby bardzo pomocne to wiedza, że emocje innych są niekontrolowane. Niech wrzeszczą, krzyczą, niech będą smutni lub zadowoleni, to jest ich sposób.
Moim prawem, moim przywilejem była i jest odpowiedzialność za to, co czuję wyłącznie ja. Tylko te odczucia powinny były być dla mnie ważne, bo tylko na nie mogłam wpływać. No jasne, że tego nie robiłam, bo nie wiedziałam jak.
Byłam kompletnie pozbawiona zdrowego egoizmu, dbania o siebie i o własne potrzeby bez poczucia winy. Pozwalam jednocześnie, aby krytyka, często niekonstruktywna, definiowała mnie w każdym aspekcie.
Czasem jest dobry, a czasem zły dzień. Są wyzwania i trudności.
Pozbycie się roli ofiary dało mi solidną podstawę do dalszych zmian, było początkiem.
Poczucie winy, uległość, strach przed oceną - pamietam je i nie chcę zapomnieć. Dzięki nim wiem, na co sobie już nigdy więcej nie pozwolę, nie wpuszczę do swojego życia.
Pamiętaj, że mobbing nigdy nie jet Twoją winą.
Kiedy zauważasz rzeczy, które Cię uruchamiają lub pchają do jakichś niepożądanych zachowań, masz szansę, aby zacząć nad nimi pracować i zmienić to, co podświadomie Tobą kieruje.
Jedynie TY masz możliwość, aby zmieniać i rozwijać siebie. Skup się na własnych wartościach, odpowiednich dla Ciebie wyborach i właściwych przekonaniach, zamiast nieustannie próbować sprostać oczekiwaniom innych.
A jeśli potrzebujesz wsparcia, jestem tu. Rozumiem, co może Cię boleć, byłam w tamtym położeniu. Doświadczyłam zmiany i chcę, aby kobiety takie jak Ty, nie musiały szukać tak długo, jak ja.
Dzięki hipnozie dotarłam do punktu zwrotnego. W transformację włożyłam zaangażowanie i odrobinę wysiłku.
Jestem sobą, nareszcie!
Zatem jeśli czujesz gotowość na zmianę - umów się na niezobowiązującą rozmowę.
Do zobaczenia
Magda Wojcieszuk
Może zainteresuje Cię:
Hipnoza - bać się czy się nie bać?
© Magda Wojcieszuk | Polityka prywatności | Regulamin